środa, 29 lipca 2020

TY, [tu wstaw COŚ kontrowersyjnego]*! Czyli jak manipulować słowem

Oto obiecany tekst[1], który zajął mi oczywiście więcej czasu, niż sobie dałam. Szło mi opornie, bo ni cholery nie miałam ochoty pisać o tym, na czym stanęło. Czy w ogóle powinnam się bawić w coś, co jest odpowiedzią na czyjąś odpowiedź na gównoburzę? Pogmatwane to, ale dobra, przechodząc, ekhm…

„Do Rzeczy”.

W „Do Rzeczy” ukazał się artykuł Jacka Komudy o tytule  „JA, HOMOFOB?”[2]. Jest to odpowiedź autora na tę całą awanturę wokół jego opowiadania „Dalian, będziesz ćwiartowany”, gdzie padło wiele oskarżeń, że tekst jest zły, krzywdzący, homofobiczny, no po prostu obrzydliwy. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to odsyłam do poprzedniego wpisu[3]. Tutaj chcę się skupić na artykule Komudy, a właściwie na sposobie, w jaki został napisany. A także na pewnej ironii losu, uśmiechu hipokryzji bijącym ze słów.

Ale o tym później. Wpierw o samej treści.

Sprowadza się ona do telegraficznego sprawozdania z całej sytuacji, które ma na celu pokazać, jak działa nowoczesny terror LGBT (alias „Jak zostałem homofobem”). Postawioną tezę można skrócić do: tęczowi najpierw kogoś oczerniają, potem go osaczają, aż w końcu domagają się haraczu. Wiadomo, że autor pisał z konkretnej pozycji, ze z góry ustalonego punktu widzenia; był wszak chmurką, która zasiała deszcz, aż ten przemienił się w burzę, a kropelki wody – w kał. Miejscami jednak próbował zachować pozory umiaru, żonglując słowami, lepiej lub gorzej, a czasami strzelając na oślep. I na tej żonglerce chciałabym się skupić, na tych słówkach, których postaram się NIE wyrywać zbytnio z kontekstu. (Stąd mogą się zdarzyć całkiem długie cytaty).

Więc.

Zacznijmy od słowa „gej”, dobrze?

Komuda na wstępie artykułu zastrzega, że nigdy nie wypowiadał się w dysputach około LGBT, a sytuacja właściwie zmusiła go do odpowiedzi. Następnie wywołuje parę nazwisk jako przykłady „osób popierających lewicową wizję świata”: Olgę Tokarczuk z „jej kolonialnym szaleństwem”, Szczepana Twardocha „regularnie przypominającym, że Polska jest małym, zapyziałem zaściankiem” albo Jasiem Kapelą, którego grzechy nie są wywołane z imienia. Ale to jednak ludzie, którzy zachowują „minimum kultury osobistej”. MINIMUM, zauważcie. I już za te ledwie minimum autor szanuje ich poglądy, bo jest rozważnym człowiekiem, który wcale nie lubi się kłócić. Niestety, są też tacy ostrzejsi lewicowcy, z którymi gadać się normalnie nie da. Ot, chociażby taki „Jacek Dehnel, agresywny gej”…

Moment.

Jak to jest, że Tokarczuk to nie żadna „szalona mężatka”, a Twardoch to nie „zrzędliwy biały mężczyzna”? Gdzie tu w ogóle choć jakiś „lekko poddenerwowany heteroseksualista”?

Nie, nie.

Jest tylko AGRESYWNY GEJ i „jego gach Piotr Tarczyński”. GACH. Naprawdę? Trochę mnie to uderzyło. Może sama powinnam określać autora, nie jako autora, tylko jako „obłudnego kawalera-pierdziela”? Żeby zrównać ton wypowiedzi?

Nie, dobra. Jak zejdę do tego poziomu, to mnie zaraz pokonają doświadczeniem.

Wracając zatem do artykułu. Komuda tłumaczy, że ludzie pokroju Dehnela „nie przebierają w słowach, określając ludzi krytykujących LGBT nie tylko homofobami, lecz także „smalcami alfa”, „faszolkami” (…) itd.”.Dehnel ma jakoby kompleks husarski „niczego bowiem bardziej nie nienawidzi niż rekonstruktorów husarii, zwąc ich „hujsarzami”. (…) choć nigdy żaden z mych kolegów nie nazwał przecież Dehnela: „fajfusem francowatej narożnicy” albo „flokiem kołtunowatego baraśnika”.

Pominę już, że przytaczanie obraźliwych określeń to taki nowoczesny sposób na zawoalowane szydzenie sobie z kogoś (jak, na przykład, no nie wiem… z jakiegoś starego obłudnika?). Ciekawi mnie natomiast dobór słów użyty przez Komudę, brzmi bowiem jak żywcem wyciągnięty z jego kontrowersyjnych opowiadań (dwóch, nie tylko jednego, ale… „o tym później”). Przez to odnoszę wrażenie, być może mylne, że autor wcale chętnie by Dehnela i Tarczyńskiego zwyzywał, ale że wprost boi się to robić, to ucieka się do metod niebezpośrednich. Jak chociażby do strzelania zza tarczy „fikcji literackiej i autorskiego pomysłu”.

Sam autor inaczej jednak tłumaczy swoje działania. Kolejnym ciekawie użytym słowem.

„Pastisz”.

Komuda wykorzystuje je z uporem godnym początkującego pisarza. Według jego powtarzających się oświadczeń pastiszem ma być ów felerny „Dalian…”. Tylko że, idąc za słownikiem PWN[4], pastisz to dzieło będące „świadomym naśladownictwem innego dzieła lub jakiegoś stylu”. Tymczasem autor tak tłumaczy powstanie owego „opowiadania-prowokacji”: „Wychodząc naprzeciw mrocznym wizjom Polski przedstawianym przez środowiska LGBT, postanowiłem dla zabawy pokazać, jak naprawdę wyglądałby kraj z ich mrocznych myśli.”.

Moment, czy to aby nie groteska[5], tudzież satyra[6] jest?

Możecie mi zarzucić czepialstwo, bo w pastiszu o satyrę nie trudno, ale zastanówmy się… Czy pisarz z niemalże trzydziestoletnim dorobkiem nie powinien jednak wiedzieć, co dokładnie napisał? A może wolał użyć słowa „pastisz”, które mniej niż więcej pasuje do kontekstu, ale w przeciwieństwie do „groteski” czy „satyry” nie kojarzy się wprost z ośmieszaniem kogoś? Stawia autora w ciut lepszym świetle, zwłaszcza w oczach literackiego laika? Brzmi wręcz mądrze? (No tak, Boguśka[7], bo to tylko ten pastwisz był!)

Więc. Mamy już pastisz. Agresywnych gejów.

Może przejdźmy dalej?

Komuda odnosi się do „ataków pary Dehnel-Tarczyński, która poczuła się osobiście dotknięta opowiadaniem”. I tu się nasuwa pytanko: jakże Dehnel – którego nazwisko, gdybym miała zesłowiańszczyć, uczyniłabym Dalianem – śmiał się poczuć osobiście dotknięty?

Cóż, bo moim skromnym zdaniem – miał.

Bo to „opowiadanie-prowokacja”. Nie tylko artystyczna, ale i personalna. Do prowokowania tych strasznych lewaków, którzy wyobrażają sobie naszą piękną Polskę jako mroczne zaściankowe piekło. Ale hej! To tylko tak „dla zabawy”! Weźcie w ogóle nie obwiniajcie autora, że coś napisał, a potem wykorzystał zaprzyjaźnione pismo do swej małej, nigdy-nie-wprost wojenki.

Dopóki jeno manipuluje słowem, dopóty ręce mam czyste.

W przeciwieństwie do tego całego LGBT, oczywiście. Bo oni „z typowym dla ich środowiska brakiem symetrii mogą bezkarnie obrażać wszystkich dookoła”. I jeszcze tak łatwo dają się sprowokować, co nie? Bo jak człowiek żyje w strachu – pod władzą polityków, którzy ci człowieczeństwa odmawiają – to o wybuch nie trudno. Nie wińcie jednak iskry, która odpala kolejne bomby. To tylko wyraz artystycznej duszy, taki paszkwil… O, pardon! Pastisz.

Więc. Mamy asymetrycznie bezkarne (bo okazjonalne kijem przez łeb[8], to żadna kara) środowisko LGBT+.

Idźmy dalej. Będzie nawet zabawnie.

Wolność Premium! – tylko w najlepszych sklepach

Komuda broni samozwańczych bojowników o wolność słowa, tych „miłośników fantastyki”, którzy szturmem wzięli oświadczenie NF-a, dotyczące jego opowiadania i wprost przepraszające za publikację. Tłumaczy, że to ludzie sensowni, gdyż w przeciwieństwie do tych LGBT „Każdy z nich podpisywał się imieniem i nazwiskiem”. Niezły żart. A raczej – po prostu nieprawda. Krytycy NF-a i poplecznicy Komudy też miewali jakieś obrazki zamiast zdjęć i podpisywali się pseudonimami.

Mój ulubiony? Imć Kargasz Zły! Jeśli to prawdziwe imię i nazwisko, to winszuję kreatywności rodzicom.

Zresztą, naprawdę…?

Co to za argument w dzisiejszych czasach, że się ktoś w Internecie podpisał imieniem i nazwiskiem – może swoim, może zmyślonym? I ma jakieś zdjęcie – może swoje, może z Pinterestu? Komuda dyskredytuje wypowiedzi ludzi ze środowiska LGBT+ miarą ich pseudonimów i zdjęć (gdzie większość używała takich, wedle logiki autora, wcale „prawilnych” kont). Owszem, obecnie zbyt łatwo się wrzeszczy i pluje na innych zza wirtualnej osłony, ale nie jest to wyłącznie domena jednego ruchu społecznego. Osoby LGBT+ nie mają monopolu na prywatność w sieci. Mają za to całkiem niezły powód, by tej prywatności chronić, no bo… cóż…

Kijem przez łeb.

Więc. Tu nie ma specjalnej manipulacji słowem, jest tylko zwykła bzdura.

Idźmy dalej.

Dyskredytacja na podstawie osiągnięć na polu wydawniczym. Czyli „ci, którzy nie odnieśli sukcesu, tacy, którzy piszą, ale się nie sprzedają”. Tudzież „konkurencja”. Mniam. Wedle tej logiki jestem absolutnie nikim. Ot, kilka wydanych opowiadań i niedawno zaczęte życie z pisania. Trudno mi jednak zazdrościć autorowi dorobku i stawiać się w roli konkurencji, chociażby dlatego, że piszę głównie SF i cyberpunk ze śladowymi ilościami fantasy. Jeśli czegoś zazdroszczę bardziej znanymi pisarzom, to tempa z jakim piszą ;) Ale to taka dygresja. Wracając zaś do artykułu: autor znów wywodzi się na temat „lewicowych trolli bez nazwisk”, by wreszcie wjechać na grząski grunt życia prywatnego: „Imię tych sympatyków LGBT – legion, zakładam, że są wśród nich wszyscy zawiedzeni, nieudacznicy, ludzie, którzy po prostu zwyczajnie błądzą albo toną w niepewności”. Jeśli więc me imię legionem, za ewentualną troskę dziękuję, lecz zawieść muszę, gdyż mi się życie nawet udaje, a niepewna dziś jestem głównie tego, co zjem na kolację.

Choć nie, moment! Już wiem. (Wiem, co zjem?).

Chyba nie tu moje miejsce, nie pośród legionu. Do innej z autorskich grup mogłabym przynależeć. Z dumą, wręcz! Jest to bowiem crème de la crème „JA, HOMOFOBA?”: „ludzie sensowni, identyfikujący się powierzchownie z ideologią, którzy nie stali się jeszcze fanatykami. Wbrew temu, co można pomyśleć, jest ich całkiem sporo. (...) jest to bez wątpienia spokojna, aczkolwiek mniej liczna grupa zwolenników lewicowego mainstreamu”.

Więc.

Mamy identyfikującą się POWIERZCHOWNIE grupę SENSOWNYCH ludzi, których jest CAŁKIEM SPORO, ale jednak MNIEJ niż oszołomów. Widać autorowi nawet przez klawiaturę nie przejdzie możliwość, że gdzieś w zakamarkach wszechświata istnieje po prostu osoba LGBT+, z którą da się kulturalnie porozmawiać. I co to w ogóle ma znaczyć „powierzchownie”? Czy ludzie LGBT+ to taka fala, na której można sobie okazjonalnie posurfować? (Nie umiem). Albo gdzie znajdę owe statystyki mówiące, że ludzi sensownych jest jednak mniej niż fanatyków? Zawsze wydawało mi się, że to krzykacze stanowią mniejszość, tylko z oczywistych względów są „bardziej słyszalni”. Bez jakichś twardych dowodów będę żyć w – być może znów niesłusznym – przekonaniu, że autor próbował manipulować słowem tak, aby ukazać się jako człowiek rozważny, chętny do dialogu. Rzeczywistość przymusza go jednak do smutnego stwierdzenia, że tych sensownych ludzi, z którymi można by pogadać, jest niby sporo, ale jednak mało. A jeszcze wcześniej autor wspomina, że cała ta nagonka kręci się wokół „tabu, którym przede wszystkim są rzekome prawa mniejszości seksualnych”. RZEKOME, a jakże, bo w Polsce – nie istniejące, tak? Czy może chodzi o pokątną sugestię, że ich nie mieć nigdy nie powinni?

Więc…

Nie wiem. Tutaj poczułam już całkowite zagubienie. Parę stron tekstu zmęczyło mnie psychicznie gorzej niż kwartalne feedbacki w korporacji.

Nie chcę mi się iść dalej.

Ten artykuł jest taki paskudnie nacechowany, nieciekawy i ciężkostrawny… Jak kawały tego wujka przy świątecznym stole, który najbardziej lubi się podśmiechiwać z „murzynów”, „żółtków” czy „ciapatych”. Tego, który tak bardzo „nie jest rasistą, ALE”…

Ale dobra. Powiedziałam A, powiedziałam BE, trzeba jakoś dobrnąć do tego zakichanego ZET.

Idziemy dalej.

Z fali LGBT+, po której przemykamy powierzchownie, trafiamy do worka z donosami. Tymi wszystkimi gorącymi tweetami, które rozlały się po zagranicy. Swoje zdanie na ich temat już wyraziłam, niepochlebne zresztą, ale te autorskie argumenty… Skoro Komuda nie kojarzy zagranicznych pisarzy (m. in. JeffaVandeerMeera, który w reakcji na jego opowiadanie ogłosił, że nie będzie już publikować w NFie) to stwierdza, że „donosy nie były szkodliwe”. Naprawdę? A co z domniemaną cenzurą, którą narzucił sobie NF? Cóż, gorzej. Według Komudy sprawiła bowiem, że „wycofało się kilku krajowych autorów – powiązanych zarówno z prawicą, jak i lewicą”. A gdzie nazwiska tychże autorów? Gdzie dane identyfikacyjne, w których autor się tak lubuje? Bo jeszcze uznam, że w przeciwieństwie do swoich entuzjastów (Och, Kargaszu! Kimżeś jest, Karagaszu?) jednak do ludzi sensownych nie należy, tudzież sensownych argumentów nie wytacza! A żeby jeszcze podkreślić jak „bardzo nic się nie stało”, dopóki NF nie ugiął się pod naporem krytyki, pozwolę zacytować sobie wypowiedź[9] redaktora prozy zagranicznej NF: „Druk opowiadania Jacka Komudy w dziale polskim „Nowej Fantastyki” wiele rzeczy wywrócił do góry nogami. W moim przypadku, zaprzepaścił blisko dziesięć lat mojej pracy w dziale zagranicznym”. Waszej ocenie pozostawiam, kto lepiej orientuje się w sytuacji.

Więc. Nic się nie stało, jedynie w prozie polskiej tragedia, bo odeszli najzdolniejsi pisarze bez nazwisk.

(EDIT z dnia 06.08.2020: nazwiska pojawiły się pod krążącym na FB listem otwartym, o którego powstawaniu Komuda być może wiedział już zawczasu).

Idziemy dalej. Tylko się nie śmiejcie…

Czytając kolejną część artykułu odniosłam nieodparte wrażenie, że Jacek Komuda czuje odrobinkę tej wypominanej innym zazdrości. Nie, nie względem jakiegoś pisarza z wrogiego obozu. Względem Rafała Ziemkiewicza. Bo jak tamtego obwołali antysemitą to jego książka „sprzedała się w rekordowym nakładzie”. A z tej homofobii to chyba jednak większego zysku nie ma… No cóż, zaskoczył mnie nie tylko gorzki wydźwięk tego fragmentu, ale i pewna drobnostka. Choć artykuł jest oblepiony okładkami książek Komudy, to nie ma szczególnego wyróżnienia tych, których fabuła rozgrywa się w tym samym uniwersum, co „Dalian…”. Czy autor wolał się nimi zbytnio nie chwalić? W dołączonym bio owe książki są wymienione jakby od niechcenia, na szarym końcu. Zaś o innym opowiadaniu Komudy (oto obiecane „później” ;]), które też rozgrywa się w rzeczonym uniwersum; a w którym gejów „leczy się” gwałtem, torturami, wbijaniem haków w skażone ciało…

O tym już ani słowa.

A mowa tutaj o „Mowie...

„Mowie nienawiści pokutnika Duki”[10].

Opowiadanie ukazało się jeszcze w październiku 2019, na łamach portalu nowynapis.eu, którego wydawcą jest powołany w tym samym roku Instytut Literatury w Krakowie. Ich siedziba mieści się jakiś kilometr-dwa od istniejącego od 2004 Instytutu Książki, więc zastanawia mnie zasadność powstania nowego instytutu o podobnym profilu – ta absolutna konieczność wydawania pieniędzy, których wiecznie brakuje? I to na kupno oraz publikację tekstu, w którym egzorcyzmuje się „biesa” homoseksualizmu słowami: „Wyprzyj się go z jestestwa, a będziesz zdrowy, normalny! Będziesz miłował i dawał miłość niewieście”. Tak na dobry początek. Bo potem rusza do akcji tytułowa mowa nienawiści i młody gej, będąc torturowanym, słyszy m.in.: „Cały jesteś jedną wielką piczą pełną podłego smrodu”, „Miękkochujcu w dupę końskim godmiszem dymany!”, „Odmieńcze, przydupniku Wołosta flokiem nieprawym trącanego!”. (Jak widać „floczka” udało się jednak przemycić ;]). Oczywiście, wszystko to w dobrej wierze, bo kapłani pod wodzą Duki katują chłopaka i wykrwawiają tak „że ból stanie się gorszy niż jego nadnaturalna rządza”, by go uzdrowić. No i gej powoli ustępuje, m. in. oznajmiając: „Jestem plugawym odmieńcem, wymiotem Wołosta, męską gamratką rozwartą szeroko… chłostaną lodowatym kusiem biesa”. Aż wreszcie mamy szczęśliwie zakończenie. Wyleczony chłopak idzie z kamratami do karczmy i pierwszą lepszą dziewkę raźno łapie za cycka.

The End. (A Happy one).

I co?

I nic. Null. Nada. Przeszło bez echa, choć to publikacja za kasę podatników (patrz §11[11]).

A może właśnie dlatego?

Bo trudno z tym cokolwiek zrobić, a do tego portal mocno niszowy i utrzymujący się z wysoce stabilnego źródła utrzymania... Mnie jednak ciekawi, jaki cel przyświecał publikacji tekstu, będącego właściwie rozwleczonym opisem tortur  z molestowaniem w ramach happy endu? Jakież to walory kulturowe i edukacyjne mają te wszystkie „rozwarte gamratki” na „koniochlastach” galopujące? Albo „ser od włochatego stolema”, którym uleczony chłop będzie od teraz częstował piękne dzieweczki?

Zapytam wydawcę, a co mi szkodzi? Najwyżej zignorują moją wiadomość. A może jednak wyjdę z tego mądrzejsza.

W każdym razie wypadałoby jeszcze wrócić do kwestii artykułu z „Do Rzeczy”.

Zakończyć to jakoś.

Zakończę więc przewrotnie: w jednym się z Komudą zgodzę. Bo faktycznie: dziki tłum zaszarżował na NF-a, niemalże ignorując autora kontrowersyjnego tekstu. Kogoś, kto w mojej opinii wykorzystał pismo do zawoalowanych wycieczek personalnych, ot „dla zabawy”. Albo i dla rozgłosu.

Ale cóż. Reklama przeszła bokiem, rekordowych nakładów raczej nie będzie.

Nie ma już dokąd iść.

Zostało mi jeno w głowie kilka chłytliwych tytułów, jakimi naszpikowany jest cały artykuł (DONOS MUSI BYĆ czy „NOWA FANTASTYKA” NA KOLANACH); zostały gry słowne, dzięki którym autor próbował stwarzać pozory człowieka umiarkowanego, choć właściwie chciałoby się być tym „infamis, który wyzwolony jak Zborowski nie boi się żadnej krytyki, tęczowego boga ani diabła”; został stos jedynie słusznych twierdzeń, rzuconych na wiatr, bo nie ma nic innego poza wiatrem, aby je podtrzymać; została spodziewana krytyka numeru queerowego, który zapowiedział NF; aż wreszcie została ta najważniejsza przestroga, że wkrótce „należy się spodziewać po prostu wymuszania haraczy” ze strony środowiska LGBT.

Toteż, Boguśka, ty się jednak Boga bój! Bo inaczej zara dobiorą Ci się do portfela!

Toteż siedzę, imć Magdalena Bogumiła Kucenty. I zerkam na ten nowynapis.eu, finansowany przez Instytut Literatury. Wspominam program TVP, w którym Ziemkiewicz przebijał sobie kołkiem NFa. Patrzę, że Komuda dał jeszcze wywiad w Polskim Radiu[12], gdzie bardziej zrzucił pozory (można go „podać do sądu”, jak się coś nie podoba, a poza tym nazywa „Daliana"... satyrą ;)). I się zastanawiam, czy jak tęczowi spróbują tego wielkiego skoku na kasę[13], to chociaż ci po drugiej stronie barykady mi odpuszczą?

Bo oni właściwie nie muszą się do niczego dobierać.

Oni już mój portfel zabrali i robią z nim, co tylko zechcą.


Do wyboru: HOMOFOBIE, LEWACKA SZMATO, FASZYSTO, TERRORYSTO LGBT, ANTYSEMITO, KOMUCHU i NAZISTO. No i MORDERCO też ujdzie w tłoku, choć to już z lekka staromodne.

[1] https://tenszy.blogspot.com/2020/07/smutna-piosenka-vol-2.html

[7] Mam na drugie Bogumiła, o ironio ;)

[11] https://instytutliteratury.eu/statut/                            

[13] Ekranizacja Netflixa murowana ;D

poniedziałek, 13 lipca 2020

Smutna piosenka vol. 2

Siedzę i myślę – a właściwie tłukę się z myślami.
Poprzedni wpis[1] krąży mi po głowie, domagając się kontynuacji. Bo teraz jestem, mam nadzieję, cosik mądrzejsza o wyciągnięte z dyskusji wiedzę i wnioski. Pod postem pojawiło się trochę głosów, których absolutnie się nie spodziewałam. W końcu mój blog to nisza w niszy – ot miejsce, gdzie zapisuję myśli, którymi chcę się podzielić tak, aby nie zaginęły (jak to ginęły wcześniej na FB).
Ale.
W sumie rozsądniej byłoby się zająć innym pisaniem – opowiadaniem zamówionym, niedokończoną książką czy wywiadem, który już przeciągam w czasie tak, że prowadzący winien dawno pieprznąć nim o ścianę. Mogłabym też chociażby odpocząć.
Burza wszak minęła i tylko wiatr pusty hula w koronach drzew. Można iść na lody.
Ale znów.
Myślę o głosach. Różnych głosach.
Na początek tych od wpisu.
Tych, które podziękowały za niego. Tych, które się oburzyły. Wreszcie o takich, które odebrały tekst zupełnie inaczej niż sama go widziałam. Nie zauważały gorzkiego wydźwięku, który próbowałam nadać swym słowom. Normalka niby – tak to już z interpretacjami bywa, że każdy ma swoją. Jednak pewne zarzuty – zarzuty o namowę do milczenia – ubodły mnie w samo serducho i kawałek wątroby. (Już nie melisa, już wino siup w ten głupi dziób). Bo przecież! Przestałam w końcu milczeć. Zebrałam się wbrew tej części siebie, która wyła o sen, lody śmietankowe i pisaninę milszego sortu.
Ta sama część kusi teraz – zrób coś innego. Zostaw to.
Tylko, czy jeśli ulegnę, to nie przyznam racji tym, którzy twierdzili, że tylko bym milczała, albo i gorzej – prała brudy po cichu? Zresztą, skoro powiedziało się A, może i warto powiedzieć B?
(Nie ulegnę, Kochane Lody i Śnie o Lepszym Jutrze. Przykro mi, naprawdę).
Więc B.
Bee-bee-bee. (Jak robi owieczka?). Be mózg, be świat, be wino.
Be ja.
Człowiek żaden, bo gdzieś tam pośrodku. (Środku, który wcale nie istnieje). „Be”, ponieważ zwykle wolę milczeć, ale też dlatego, że próbuję słuchać wszystkich. Nie da się, wiem. Stąd napisałam ledwie „próbuję”. Próbuję całe życie, żeby się nie zapomnieć i nie rozgadać za mocno. (Tylko JA, moje słowa, tak bardzo Mojsze niż Twojsze!). Bo tak wiele osób przecie chce być wysłuchanym, lecz tak niewielu chce słuchać.
Z pozoru przynajmniej.
Są wszak rzesze ludzi, którzy słuchają. Wielu ludzi żadnych, choć wcale nie nijakich, jak niektórzy próbowali to odczytywać. Zresztą dostrzegałam też osoby dużo bardziej na „którąś stronę”, lewą czy prawą, którzy jednak słuchać też się starali. I przede wszystkim dla tych, którzy słuchają, choć się ze mną nie zgadzają, mam jedną gorzką refleksję.
Czy Wam się to podoba czy nie – my, ludzie żadni, mamy ostatnie słowo w tym kraju.
Nie rządzimy, nie krzyczymy, a jednak decydujemy. Bo to o te kilka procent „nas” walczą politycy w Polsce; bo głosów stron bardziej na którąś stronę i tak już nie wygrają. Jak zresztą w wielu innych państwach demokratycznych – choćby w takim jednym[2], gdzie teraz bardzo źle się dzieje.
Bo widzicie, nasze poglądy da się odmienić. Nasz głos się zmienia. Czasami na gorsze, czasami na lepsze. I to wasze działania często decydują „na które”.
Ale jednak nie zawsze.
Nie zawsze tak to wszystko wygląda. Jest inna droga, na którą tak łatwo się pluje. Są żyjący ludzie-dowody[3], że nawet serca radykałów można obrócić, niemalże przewlekając je na drugą stronę. Ino ciężkie to bardzo. Mozolne. Wymagające czasu. Alternatywą zaś są drastyczne wydarzania, nierzadko kończące się lub wręcz zaczynające osobistą tragedią. (Śpij dobrze, George). Więc mamy drążenie skały lub skok na główkę, który może równie dobrze zabić co uzdrowić. Pytanie tylko, czy jeśli skały wystają już nad wodę, już szczerzą ostre krawędzie, to naprawdę mądrze jest lecieć na łeb, na szyję, ślizgiem godnym Reytana, który tak niewiele osiągnął? (Piękne obrazy[4] w zamian za piękne samobójstwo[5]). Czy jednak nie warto czasem zejść w dół klifu i metodycznie tępić ostre zęby skał?
Fot. Karol Wyrzykowski

Spróbuję.
Nie śmiejcie się ze mnie.
Obecne wybory jasno pokazują, że Polska jest tragicznie podzielona. Trafnie zresztą opisał to na swym facebooku[6] twórca z nienawisc.pl: „Pękliśmy na pół i pytanie czy da się nas posklejać. Bo to jest tak, że po podliczeniu głosów jeden albo drugi ogłosi, że wygrała jego Polska. Tylko, że żaden z nich tej Polski nie ma. My ją mamy.”. Nie znam człowieka, nie wiem kim właściwie jest, ale stał się moim największym zeszłorocznym odkryciem. Pięknie pisze, smutno aż do bólu zębów i w punkt. Po-nieistniejącym-środku.
Pozwolę więc sobie sparafrazować to, co napisał całkiem obcy mi twórca, którego twórczość zdążyłam jednak obdarzyć szacunkiem. Polska pękła i trzeba ją posklejać. Bo z taką wyrwą jedyne, co może nas czekać, to skok na główkę. Potem zaś: bolesny proces ozdrowienia czy równie bolesna śmierć? Które jest bardziej prawdopodobne?
Obawiam się odpowiedzi.
Choroba trawi nas już tak głęboko, że mamy właściwie kraj na dwa fronty; pole bitwy z ogromnym środkiem, który nierzadko jedyne co w swoim mniemaniu może uczynić, to wybrać Mniejsze Zło. I zarówno ci ludzie, jak i ci, którzy mają ostatnio naprawdę ciężko, najbardziej czują – wbrew temu, co napisał twórca, którego twórczość szanuję – że nie mają żadnego kraju. Mają burdę na kółkach z lontem, który już się tli.
Polska żadna, a jednak czyjaś.
Bo media do kogoś należą, bo pieniądze ktoś rozdaje, bo Bóg komuś swe niejako oficjalne poparcie wydaje. I ja się z tym kimś nie zgadzam, przykro mi nie bardzo. Zresztą z tym kimś innym też nie, no ale: Mniejsze Zło.
Co takiego więc zamierzam zrobić?
Przede wszystkim, chodzić na wybory i protesty, rozmawiać z ludźmi, nie milczeć. Ale to właściwie już robię. Czego zaś dotąd nie robiłam, to nie pisałam.

Nie cyknęłam zdjęcia przy urnie, więc macie nocną fotę,
 gdy to piszę, na tle smutnego jak polityka remontu elewacji.
O, ironio.
(„Zuch, nie pisarz”, już wcześniej było na blogu).
Zacznę więc pisać o rzeczach „ważniejszych ogólnie” niż kryzys osobisty z baterią łazienkową i kafelkami w tle[7]. Czasem kontrowersyjnych, czasem bardziej naukowych. Lecz bez obaw, nie będę krzyczeć w imieniu jakichś polityków – oni już wystarczająco krzyczą za siebie. Nigdy też nie opowiem się za żadnym faszystą ani nikim, kto ma czelność widzieć podludzi wśród ludzi.
Na koniec uprzedzam, że wpis z porządnym researchem kosztuje sporo czasu i wysiłku, więc na razie ustawiam sobie poprzeczkę jednego ważkiego tematu na miesiąc, poza tymi bardziej osobistymi/pisarskimi.
Właściwie już ten wpis miał być o czymś takim. Wstęp mi wyszedł jednak tak długi, że nie ma sensu zaczynać od tego miejsca. Tekst jest zaczęty, w połowie skończony, będzie opublikowany za jakiś tydzień-dwa, choćby miał powstawać nocami. Tyle mogę obiecać, tyle więcej spróbuję zrobić. Bo nie wyrzucę życia przez okno, lecz chcę coś zmienić. Chcę się kiedyś obudzić w świecie, w którym nie musimy tylko wybierać między Mniejszym a Większym Złem. I jasne, fajnie by było, gdyby to „kiedyś” właściwie oznaczało jutro, ale nie oszukujmy się: świata raczej nie odmienisz w jeden dzień, o ile nie jesteś groźnym wirusem lub pokaźną asteroidą.
Więc spróbuję tak, jak zdołam. Doba za dobą, aż mnie to (może) wykończy nerwowo. I jeśli takich ludzi jak ja będzie więcej, takich ruchów będzie więcej, to (może) któregoś ranka obudzimy się w kraju, gdzie mamy choć do wyboru, no nie wiem…
Średnio Dobrze lub Niespecjalnie Źle?
Przyznaję, mało to chwytliwe. Żałość i lipa, a nie hasło propagandowe. Lecz upieram się dostrzegać tę trzecią drogę, którą też można w końcu dotrzeć do Zdecydowanie Dobrze lub Całkiem Nieźle. Upieram się, choć sama czasami mam ochotę skoczyć, albo i gorzej – w niektórych ludzi po prostu strzelić z armaty. Gdybym jednak właśnie tak zrobiła, byłabym zwykłym mordercą, a ten drugi – martyrem jedynie słusznej sprawy.
Nie myślę być matką męczenników.
Zastanawiam się tylko, czy nie jest już za późno, zwłaszcza gdy tak siedzę nocą i nerwowo zerkam na wyniki late polla[8]. Nie wiem, czy odpowiedź na pytanie twórcy, którego twórczość szanuję, jednak nie brzmi: NIE. Nie da się nas posklejać. Bo już lecimy głową w dół i zaraz roztrzaskamy się o skały. A gdy to nastąpi, kiedy ostre krawędzie w końcu rozwalą nam głowy, to może będziemy wreszcie zgodni.
Wszyscy razem. W jednym dole.
I wtedy ani człowiek żaden, ani taki bardziej na którąś stronę, nie zdąży nawet zanucić[9]:

Między świtem a mgłą
Między okiem a łzą
Świat się rozszczepia.
Jacek Kaczmarski (1997)





[1] https://tenszy.blogspot.com/2020/07/smutna-piosenka-czowieka-zadnego.html
[2] https://fivethirtyeight.com/features/just-how-many-swing-voters-are-there/
[3] https://en.wikipedia.org/wiki/Daryl_Davis
[4] https://pl.wikipedia.org/wiki/Rejtan_(obraz_Jana_Matejki)#/media/Plik:Rejtan_at_Sejm_of_1773_by_Jan_Matejko,_1866.png
[5] https://pl.wikipedia.org/wiki/Tadeusz_Reytan#Kult_postaci
[6] https://www.facebook.com/nienawiscPL/
[7] https://tenszy.blogspot.com/2019/04/kryzys-wieku-mojego.html
[8] https://oko.press/late-poll-duda-508-proc-trzaskowski-492-proc-pozamiatane/
[9] https://www.youtube.com/watch?v=4ICyZpiH4uQ

wtorek, 7 lipca 2020

Smutna piosenka człowieka żadnego

Pandemia, pożary buszu, kryzys ekonomiczny, wojny rasowe czy wybory na prezydenta… Trzeba przyznać, że w 2020 tematów do pisania nie brakuje. Ale nie umiałam się zebrać, by napisać choćby na jeden z nich. Może dlatego, że pisze już połowa świata, a mówić chcą wszyscy? Nigdy nie lubiłam tłoku. Wbrew pozorom, mimo swojej gadatliwości, nie umiem się wypychać przed tłum.
A teraz jakoś nie mogę nie napisać. Chciałabym się zdrzemnąć, zrobić obiad.
Zamiast tego stukam w klawisze.
Nie chodzi o nic tak wielkiego jak koniec świata, tylko o kolejną burzę rozpętaną wewnątrz burzy. Jedno z wielu zawirowań w cyklonie, jakim jest nagonka na mniejszości społeczne. I podmuchy w postaci reakcji tychże mniejszości – reakcji często pełnych żalu, goryczy i bezsilności.
Do rzeczy.
Pewnie sporo z Was już wie o najnowszej aferze około-NFowej, ale pokrótce opiszę sytuację. Otóż, na łamach lipcowego numeru[1] ukazało się opowiadanie Jacka Komudy „Dalian, będziesz ćwiartowany!”, które wywołało spore kontrowersje – zwłaszcza w środowisku LGBT. Dlaczego? W dużym skrócie: tytułowym Dalianem jest homoseksualista, którego partner porwał grupkę dzieci dla sekty pedofilii. Nie za dobrze to brzmi, prawda? Dodać jeszcze ostatnie nastroje polityczne, kampanię anty-LGBT szanownego imć Dudy i to, że Komuda w życiu zdecydowanie przechyla się na prawo – i gównoburza gotowa. Szambo wywaliło aż pod sufit, uderzając przede wszystkim w redakcję NF-a. A kanałem, oczywiście, były social media: na facebooku choćby ten post[2] z fragmentami tekstu Komudy, a na Twitterze, jak to na Twitterze, limit znaków, więc mamy już krótkie: homofobia w NF się dzieje[3].
Ludu powstań! – krzyczą Internety. I lud powstaje. Iskra poszła w świat, więc ten płonie. Po prawdzie tylko na chwilę, momencik, aż przyjdzie nowszy ciekawszy temat do kłótni… Dziś jednak zapłońmy kolorami tęczy! Setkami, a nawet tysiącami komentarzy i retweetami[4] sięgającymi aż za ocean! Nasze jedynie słuszne wzburzenie ogarnie nawet tych – a może zwłaszcza tych – którzy nie mówią po polsku. Którzy nie przyjrzą się sprawie bliżej, nie sprawdzą źródła kontrowersji, bo i nie mają jak… Nie znają języka. Zresztą ci, co znają, też nie palą się do sprawdzania czegokolwiek. Palą się do kłótni.
A okrutny płomień gore.
Przeraża mnie to.
Przeraża, że ludzie tak bardzo zgnębieni przez społeczną dezinformację i manipulację słowem, tak chętnie podrywają widły z powodu tweeta. To maksymalnie 280 znaków, średnio jakieś 50 słów. I tyle. Więcej najwyraźniej nie trzeba, by kogoś rzucić na stos. Przeraźliwy stos usypany z bólu, gniewu i bezsilności ludzi dyskryminowanych. A potem tylko cisnąć żagiew…
Cisnąć w swoich. W przyjaciół i sprzymierzeńców.
Znam Nową Fantastykę.
Stosik numerów, które uzbierały mi się już w Wawie. I jeden słodki Pączek :)
Znam też ludzi, którzy to pismo tworzą. Sama zresztą opublikowałam tam parę opowiadań. W tym nawet jedno z silnym wątkiem LGBT („W stanie nieważkości” – NF 03/2019). Mam od dwóch lat prenumeratę. Wcześniej przez rok dostawałam pismo za darmo, bo byłam w tzw. Loży na portalu fantastyka.pl. Czytałam je od bardzo dawna. Nie zawsze od deski do deski, ale przynajmniej na tyle, na ile czas pozwalał.
To nie jest pismo homofobiczne, a redaktorzy nie są homofobami.
No, przykro mi. Nie rzucę kamieniem.
Znam NF-a i czytałam teksty, które tam drukowano. Teksty Malinowskiej, Zawady, Łagan czy Ochnika – autorów pro LGBT+, których twórczość zdecydowanie chyli się ku lewej. Swoją drogą, kiedy byłam jeszcze redaktorką w Smokopolitanie, odrzuciliśmy „Ciemność” Ochnika, bo odnieśliśmy wrażenie, że poza wątkiem feministycznym niewiele sobą reprezentuje. A potem Nowa Fantastyka przyjęła dokładnie to opowiadanie, właśnie ze względu na ten wątek.
Czemu w ogóle o tym piszę?
Bo jako żywo staje mi przed oczami inna burza. Awantura sprzed 2-3 lat, gdzie rozchodziło się z kolei o większy udział autorek i prozy kobiecej w NF-ie. W dyskusji padło niejednokrotnie pewne słowo na „p”. Parytety, oczywiście. A później inne pismo, Fantom dokładnie, rozesłało ankietę do autorek współpracujących z zapytaniem, co sądzimy o tej sprawie. Odpisałem im, że forsowanie tekstów ze względu na płeć, a więc taka protekcjonalna wymuszona pobłażliwość dla kobiet, byłaby obrazą dla naszej inteligencji. Jawnym stwierdzeniem, że nie umiemy zrobić czegoś równie dobrze, dlatego trzeba nam wydzielić miejsce w kurniku – bo same inaczej nigdy się do niego nie wślizgniemy. I później na rynek wychodzą takie cuda, jak żeńskie wersje męskich filmów. Gorsze wersje, bo one nigdy nie miały być lepsze.
Ghostbusterinessy nie powinny istnieć. Po prostu nie.
Ale dobra, wracając do NF-a. (O słowie na „p” jeszcze będzie).
Tak się składa, że oprócz tamtejszego redaktora prozy polskiej, znam też trochę naczelnego. I jedno o Jerzym mogę powiedzieć: jak każdy popełnia błędy, ale nie ma w sobie złej woli. To człowiek, który zawsze chce dobrze. Ba! To człowiek, który jeszcze niecały miesiąc temu ubrał swoje zdjęcie profilowe w kolory tęczy i jawnie wypowiedział się przeciwko[5] homofobii i dyskryminacji. Jerzy jest dobrą osobą, a już na pewno stara się taką być, jak zresztą – chcę w to wierzyć – większość z nas się stara.
Zatem, co robi dobra osoba, gdy usłyszy, że właśnie rozpropagowała złe raniące stereotypy? Że swym działaniem skrzywdziła mnóstwo ludzi i to jeszcze w czasach tak bardzo dla nich trudnych? Gdy uświadomi sobie, że popełniła błąd?
Na szybko, gorąco, pospiesznie i PR-owo trochę niezgrabnie. Lecz są to szczere przeprosiny. I co?
I gówno dalej się kręci.
Teraz do ataku ruszają obrońcy wolności artystycznej. Gorliwi przeciwnicy terroru poprawności politycznej. Kolejni ludzie, którzy jawnie przyznają, że NF-a nie czytują lub czytywali dawno temu, lecz już-teraz-zaraz by zaczęli kupować, gdyby tylko redakcja nie poddała się cenzurze i nie ugięła karku przed tym strasznym lewactwem. (Nie cytuję, bo komentarzy jest tyle, że czytałam je do 4 rano w niedzielę i nie mam siły znowu się przez to przebijać – możecie sami przeczytać, polecam melisę). Mamy więc dwie, albo i więcej stron konfliktu, które szlachetnie kłócą się dla dobra innych (bo chyba nie dla własnego? skoro nie czytają?). Niestety, robią to z prędkością, która raczej uniemożliwia im dogłębne zapoznanie się z czymkolwiek, za to wyśmienicie podsyca nienawiść. Adrenalina aż leci uszami. Aktywiści też nie próżnują. Tworzy się list otwarty[7] do redakcji NF-a. List mówiący o niezaprzeczalnie trudnej sytuacji osób LGBT+ w Polsce, a także o granicach między fikcją a rzeczywistością, o wspaniałych autorkach takich jak Le Guin czy N.K. Jemisin… Aż przechodzimy do kwestii kluczowej.
Bo przeprosiny to za mało. Trzeba czegoś więcej.
Trzeba innego słowa na „p”.
Pada też kilka różnych propozycji („proponujemy”). Między innymi „zatrudnienie sensivity readerów” czy „przebudowanie redakcji”. Miejcie na uwadze, że są to propozycje („ppp…”) skierowane do ludzi, którzy ponad rok temu musieli z bólem serca pożegnać Fantastykę Wydanie Specjalnie. Którzy jeszcze wcześniej złożyli do grobu Czas Fantastyki. Pomijając już kwestie ideologiczne – jak bardzo trzeba być nie obeznanym z sytuacją, żeby w ramach naprawy złego wymagać od człowieka wyczarowania pieniędzy, których zwyczajnie nie ma? Bo przecież zatrudnienie nowych redaktorów to pieniądze, o ile ktoś nie chce iść w pro publico bono. A Nowa Fantastyka nie chce. Jest ostatnim bastionem, ostatnim papierowym miesięcznikiem fantastycznym, które płaci swym autorom, grafikom, tłumaczom – wszystkim tym, którzy pracują przy tworzeniu numeru.
Ostatnim bastionem, do którego jednak właściwie też chcielibyśmy się dostać.
W tych komentarzach, w tych wielu wielu komentarzach, postach i tweetach (wczoraj znów czytałam do 4 rano, szatanie zmiłuj się nade mną), jest mnóstwo unoszenia się honorem. Pełno takiego „cieszę się, że kiedyś tam nie przyjęli mojego tekstu, bo teraz to już na pewno nic im nie wyślę”. Nie wspominając już o autorach zagranicznych, którzy tweetują na potęgę, że nie dadzą NF-owi swoich tekstów do przekładu. Czy wcześniej dawali, czy nie.

Ale moment, chwila, właściwie skoro byłaby taka możliwość, skoro już tak ładnie przepraszacie… To może cały numer i stałą rubrykę dla nas? Może jednak wzięlibyśmy kawałek tego waszego nieustannie kurczącego się ciasta, którego przecież – jeszcze przed chwilą – do ust byśmy nie włożyli?
One zdecydowanie chcą kawałek ciasta. Mojego, twojego, nieważne czyjego ;]
Decyzja o numerze LGBT już zapadła[8].
I super!
I nie super…
Pomysł na queerowy numer jest dla mnie ciekawy. Fajny. No, dobry jest. Na tyle, że sama chętnie bym do niego coś napisała, lecz z drugiej strony wolałabym ustąpić miejsca osobom, które znają temat lepiej i jeszcze nie miały szansy na publikację. Bo przecież swój kawałek ciasta nieraz uszczknęłam i to nawet, jak już wspomniałam, opowiadaniem z mocnym wątkiem LGBT.
Dlaczego więc „nie super”?
Bo to reakcja na gównoburzę. Bo to woda na młyn obrońców wszystkiego, co kłótni warte, o skrajnych prawicowcach już nie wspominając. Numer nie zaczął się jeszcze tworzyć, a lud już krzyczy, że będzie tam badziew i tylko badziew, przyjęty do druku ze względu na terror politpoprawności. (Kolejne komentarze, kolejna melisa).
Sprawa sięga nawet TVP (minuta 15:20[9]). O sytuacji wypowiada się Rafał Ziemkiewicz, który nie tyle „przechyla się w życiu na prawo”, co już szoruje twarzą o jedynie prawą polską ziemię. No i mamy krótkie wesołkowate wypowiedzi, wyselekcjonowane posty, strzępy informacji… Znów mowa o urzędzie cenzury (w tym jakże, o ironio, wolnosłownym obecnie TVP), a po sypnięciu odpowiednią porcją docinków i śmieszkowych żartów, przyznawszy głośno, że świetność pisma minęła już dawno i niechże już całkiem przeminie („Do diabła, niech diabli to wezmą!”), Ziemkiewicz symbolicznie przebija Nową Fantastykę osikowym kołkiem, nie życząc jej, żeby zmartwychwstała. Uch. Żołądek mi się przewraca od samego cytowania, nie mówiąc już, że zmusiłam się do obejrzenia tego fragmentu kilkukrotnie. Bo chcę być rzetelna, na ile potrafię. Bo sprawdzam źródła, zanim o czymś napiszę. Ale przecież zanim zdążę je sprawdzić, to już znów jest tego tyle… A potem jeszcze… i kolejny raz… i…
Melisa się skończyła. Nie mam już siły.
Po jednej stronie burze, po drugiej stronie burze, tak blisko wali grom… A gdzieś w tym wszystkim, w oku bezlitosnego cyklonu, jesteśmy my.
Ludzie żadni.
Ani skrajnie na lewo, ani skrajnie na prawo, ni to w górę, ni to w dół. Bez krzyku patrzymy na to, co się dzieje. Nie za głośno pytamy między sobą: „co się dzieje?”. Koniec końców zwykle siedzimy cicho.
Tym razem jednak nie siedzę cicho, bo mi na Nowej Fantastyce naprawdę zależy. Jestem wieloletnią czytelniczką. Członkinią portalu. Autorką z sercem po lewej. Kimś w teorii ważnym dla istnienia pisma.
A jednak człowiekiem żadnym.
Głupią upartą babą, która musi coś sprawdzić, zanim coś napisze. Która przeczytała to cholerne opowiadanie Komudy, chociaż nie miała na to najmniejszej ochoty. Która wysłuchała Ziemkiewicza, mimo że od jego śmieszkowego tonu, aż włos jeży się na karku. Skoro jednak zdecydowałam się o tym napisać, to musiałam sprawdzić. Nie chcę inaczej. A przecie opowiadanie Komudy nie miało szans mi się podobać, chociażby dlatego, że w ogóle nie lubię jego prozy. Nieźle zresztą w mojej opinii „Dalian, będziesz ćwiartowany!” podsumowuje blog Matka Przełożona[10]. Konkretnie, zdroworozsądkowo. Nie dziwota zatem, że lajków czy komentarzy jakoś dużo pod jej postem nie ma.
Rozsądek to nic ciekawego.
Ale dobra, gwoli formalności, potwierdzam: opko Komudy okropnym, niesmacznym jest.
I potencjalnie bardzo szkodliwym, a jakże, zwłaszcza biorąc pod uwagę, z czym to się zbiegło w czasie. Mówiąc obrazowo: redakcji NF-a tak się udało wycelować, że jakimś cudem kopnęli się piętą w oko. (No sory, Winnetou). Ale wierzę, że nieintencjonalnie – bo wiem, jak wygląda praca nad magazynem, zwłaszcza gdy rąk do tejże pracy brakuje. Człowiek ledwo ma czas złapać oddech, a co dopiero patrzeć za siebie, cofnąć się o parę kroków i zastanowić na spokojnie. Znowu przyjrzeć się tekstowi, może pod innym kątem, bo znane nazwisko na okładce to jednak nie wszystko, a jeszcze do tego wybory przesunęli i trwa kampania prezydencka, jaka trwa. Nie usprawiedliwia to redakcji, lecz w połączeniu z ich kolejnymi działaniami udawania, że złej woli nie było.
Był błąd.
Tylko jakie to ma znaczenie? Błąd czy nie, przeprosiny czy nie… Grunt, żeby płonęło ładnie. Bo NF-a raczej nie kupimy, raczej nie przeczytamy, ale spalimy chętnie i jeszcze ciasta się najemy.
Ja czytam.
Czytam we wstępniaku Jerzego pt. „Wolność. Kocham i rozumiem” do felernego lipcowego numeru: „Wystarczy spojrzeć na to, jaką formę przybrały dyskusje. To już nie są wymiany poglądów, z których obie strony mogą odejść kulturalnie pozostając przy swoim, ale dzięki dialogowi rozumiejąc lepiej swoje punkty widzenia i być może dostrzegając jakieś płaszczyzny porozumienia czy kompromisu. Teraz dyskusje przerodziły się w bitwy, w których muszą być zwycięzcy i pokonani.”
Smutne, nie? Proroctwo, nie wstępniak. Ciekawe, czy ktoś choćby zerknął na niego, zanim porwał za widły? I kto właściwie akurat tę bitwę wygrał? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Jeśli lewa strona, to chyba jednak mam serce w złym miejscu. Bo nie czuję smaku zwycięstwa.
W ustach krzepnie mi popiół.
Rok temu zaczęłam pisać książkę SF. Jej główny bohater jest w związku poliamorycznym. To zwykły człowiek – często nie radzi sobie, popełnia błędy, ale stara się być lepszy. Książka nie jest jeszcze skończona i być może nigdy się nie ukaże w druku, niemniej pozwolę sobie przytoczyć jej fragment: „Przepaść między ludźmi tylko rośnie. Czas w Polsce jakby stanął w miejscu – na jakieś pół wieku demonizacji LGBT+. Bo jeszcze, nie daj Boże, zapierdolą nas tą swoją ideologią wolnej miłości. (Kochać wszystkich, nikogo nie oszczędzać!).”
Teraz sama nie wiem, czy miłością aby faktycznie nie da się kogoś zapierdolić.
Nie wiem już, co napisać.
Ale ciągle czytam, ciągle próbuję zrozumieć. Siedzę po nocach, kradnąc ciału sen. Ale i tak za długo, za wolno... Bo minęły aż trzy dni. Burza już właściwie wygasa – wybaczcie, jestem spóźniona na imprezę. Kto miał się pokłócić, ten się pokłócił. Można poklepać się po plecach, gratulując sobie nawzajem, jak walecznie się o słuszną sprawę walczyło. Już nieważne po której stronie. Będzie „wymuszony” numer queerowy, będzie jeszcze kilka litrów wody na młyn, a Ziemkiewicz może nawet dostanie swój kołek. Aż w końcu wszyscy radośnie zatańczą na zgliszczach ostatniego miesięcznika fantastycznego.
Wszyscy oprócz nas, oczywiście. Ludzi żadnych.
My będziemy siedzieć cichutko. Odkurzać swoją kolekcję starych numerów. Zgłębiać ze smutkiem, co się stało.
I nucić pod nosem[11]:
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory,
Stanął w ogniu nasz wielki dom,
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych…
Jacek Kaczmarski (1980)




[1] https://www.fantastyka.pl/czasopisma/pokaz/111
[2] https://www.facebook.com/piotr.tarczynski.7/posts/10220784471015788?hc_location=ufi
[3] https://twitter.com/karigrafia/status/1279430204969156608
[4] https://twitter.com/jeffvandermeer/status/1279450514024017920
[5] https://www.facebook.com/jerzy.rzymowski/posts/10207307762208762
[6] https://www.facebook.com/NowaFantastyka/posts/10158635830379948
[7] https://onedrive.live.com/view.aspxresid=58E79CF389422309!405616&ithint=file%2Cdocx&authkey=!AAahyRuKOrXaLVU
[8] https://www.facebook.com/NowaFantastyka/posts/10158638458954948
[9] https://www.tvp.info/48530023/05072020-2230/program-w-tyle-wizji
[10] https://matkaprzelozona.wordpress.com/2020/07/04/kolejny-kalszkwal-czyli-jacek-komuda-nowa-fantastyka-i-homofobia-mysli-luzem/
[11] https://www.youtube.com/watch?v=R-7cWBBUedg&list=RD3tOZvDO1iSk&index=2

poniedziałek, 9 marca 2020

Praca, książka i psie

W tym wpisie piszę głównie o swoim pisaniu, ale nawiązuję też do poprzedniego wpisu, gdzie pisałam, że jestem tu, gdzie jestem, dzięki temu, że Wy jesteście ze mną i...  Zapomniałam dodać, gdzie to „gdzie” właściwie jest, prawda? (Zagubieni? Spokojnie, już wyjaśniam).
Więc zwięźle: gdzie jesteś, Magdaleno?
We stolycy jestem, drogi pytaczu. W sercu tego pięknego kraju zwanego Polską, zwanym z kolei Warszawą.
To krótka odpowiedź. Dłuższa jest sporo dłuższa. Wielu z Was zresztą już o wszystkim wie, ale gwoli wyjaśnienia rozwinę temat. Otóż, porzuciłam swoje piękne kafelki, nieścieralne panele i fikuśne lampy. Wyprowadziłam się ze świeżo wykończonego mieszkania w Gdańsku, zanim na dobrą sprawę zdążyłam się tam wprowadzić. Dlaczemu? A temu, że praca. Powód dosyć typowy, aczkolwiek sama robota już niekoniecznie, gdyż raptem oficjalnie zostałam pisarką. Mam tak w umowie. „Magda, oficjalnie pisarz”.
No, jakoś podobnie.
W sumie pracuję tak już pół roku. Nie chwaliłam się od razu, bo wolałam poczekać, aż przejdę okres próbny. No i przeszłam, więc oficjalnie nadymam się i plumkam z radością, rozgłaszając wszem i wobec: zostałam etatowym pisarzem. To znaczy, że piszę na życie i mam z czego żyć (nie taka oczywista rzecz w tym zawodzie).
Czad, nie? ^^
Pięć lat studiów na Elektronice i Telekomunikacji, a także przeszło siedem w IT, żeby siedzieć i klecić fanfiki. Za które, nomen omen, ktoś postanowił mi płacić.
Swoją drogą ogłoszenie zostało mi podrzucone przez znajomego redaktora. Sama nie byłam na tyle szalona, by myśleć, że się dostanę na podobne stanowisko i nie szukałam pracy jako pisarz. A żeby było jeszcze zabawniej, parę miesięcy temu zaprzyjaźniona autorka poleciła mnie swojemu wydawcy i... spodobało się :) Podpisałam umowę na książkę! Tę samą książkę, o której pisałam na blogu w kwietniu 2019. Powinna się ukazać wprawdzie dopiero w 2021 roku, ale hej! Wyjdzie.
Dlatego serio: Nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie Wy.
Napisałam też swoje pierwsze zamówione opowiadanie do NF-a. Wcześniej zawsze wysyłałam redakcji gotowe opko, a potem czekałam długie miesiące w strachu, czy je wezmą, choć również z cichą nadzieją, że... no, wezmą. Tym razem dogadałam tematykę i objętość z góry, a dopiero potem trzęsłam się o pozytywny werdykt i czarno to widziałam ;) Tak samo jak zawsze, bo zawsze mogę napisać coś do dupy, zamówienie czy nie. Chyba jednak się (nie) udało? W każdym razie, znów plumkam radośnie. Jeszcze nigdy nie byłam z żadnego swojego opowiadania tak zadowolona. Dumna nawet! A to się mojej osobie zwyczajnie nie zdarza. Więc czytajcie, dopsz? Opowiadanie jest dostępne w najnowszym marcowym NF-ie i cieszę się z niego, jak nie przymierzając z debiutu.

Tam gdzieś jest moje nazwisko i tytuł opowiadania, musicie uwierzyć na słowo.
Jeszcze coś? Ano tak.
Nie napisałam właściwie o samym tekście. To cyberfantasy pt. Jednooki pies. Opowiada o łowcy potworów w cyberpunkowym świecie, który takich łowców już właściwie nie potrzebuje... OK, dobra, nie umiem reklamować swoich tekstów. Jeśli Was interesuje, to sprawdźcie sami i już ;)
Na koniec zaś: moje poprzednie opowiadanie z NF-a W stanie nieważkości doczekało się audiobooka. Do odsłuchania TUTAJ. Polecam i zalecam! Jedwabisty głos Anety z Posłuchaj tej historii wyleczy gangrenę, poprawi trawienie i w ogóle życie umili. (Innych to już potrafię reklamować, co nie?).
A! No i uspakajam jeszcze: w pupie mi się od tego całego dobrobytu raczej nie poprzewraca, albowiem mnóstwo rzeczy nadal totalnie mi nie wychodzi i pieprzy się iście pokazowo. Ale o moich wpadkach, a także o szczegółach nowej pracy, będą pewnie inne wpisy.
W tym się po prostu raduję, cieszę i chu...
I hurra.